Spis treści - Legendy
- MORZE W LEGENDZIE
- "Którędy się płynęło do Mare Tenebrarum?"
- "Czym się żywili Ichtiofagowie?"
- "Na jakiej wyspie biło źródło wiecznej młodości?"
- "Kto dopłynął do Wyspy Siedmiu Miast?"
- "Ryba-przyssawka"
- "Relacje Antoniego Pigafetty"
- "Potwór z papuzim dziobem"
- "Okropne stworzenia morskie"
- "Ognie św. Elma"
- "Morski biskup"
- "Latający Holender"
- "Kraj Amazonek"
- "Końskie szerokości"
- "Grochowe wyspy"
- "Góra magnetyczna"
- "Duży Tom" (Big Tom)
- "Duch morski - Davy Jones"
- "Diabły morskie"
- "Syreny"
- "Wąż morski"
- "Zaczarowane wyspy"
- "Diablica morska"
- "Człowiek - ryba"
- "Żeglarska kraina szczęśliwości"
"Morski biskup"
O morskich biskupach - dziwacznych stworzeniach zamieszkujących wody mórz naszego globu, wspomina jeden z marynarzy Pizarra pisząc, iż twarze mają ogromnie dostojne, a przy tym różowe i pucołowate, jak brat furtian, a ubrane są w bogate szaty ze srebrnej łuski. Na miejscu rąk mają kolczaste, zakręcone do góry płetwy, którymi często błogosławią przepływające okręty. Ojciec hydrografii, R. P. Foumier, umiejscowił morskiego biskupa w Morzu Bałtyckim. Wspomina on o niezwykłym zdarzeniu, które nastąpiło w 1438 roku w pobliżu polskiego i pruskiego wybrzeża. Mianowicie wyłowiono wtedy z Bałtyku morskiego stwora kształtami podobnego do biskupa. Głowę jego zdobiła mitra, zaś w ręku ten dziwny stwór trzymał pastorał. Jego ornat podnosił się lekko, gdy chodził lub gdy gestami wyrażał swe uznanie dla oglądających go biskupów. Był wprawdzie niemową, lecz sprawiał wrażenie, iż rozumie mowę, w której się doń zwracano. Z proponowanej mu łaźni nie skorzystał, lecz gdy za wstawiennictwem biskupów król zezwolił mu powrócić do morza, zanurzył się najpierw po pas i pokłonił w podzięce, a następnie, pobłogosławiwszy zebranych na brzegu, pogrążył się w otchłani. Już go więcej nie widziano.
"Latający Holender"
Z chwilą podjęcia żeglugi wokół Przylądka Dobrej Nadziei i wokół przylądka Horn pojawiły się wśród żeglarzy opowieści o okrętach - widmach. Żegluga wokół przylądka Horn należy do najtrudniejszych i najniebezpieczniejszych. Nieustające sztormy powodowały katastrofy bardzo wielu statków. Niektóre z nich, na wpół rozbite, błąkały się czas jakiś po bezkresach oceanów, dostarczając nowego tematu przesądnym żeglarzom. W wyobraźni wielu marynarzy na statkach tych działy się przedziwne i tajemnicze sprawy, o czym miały świadczyć rzekome jęki dobywające się spod ich pokładów. Wśród niesamowitych opowieści o okrętach - widmach najpopularniejsza jest legenda o Latającym Holendrze. Powstała ona w XVI wieku a więc wówczas, gdy zapoczątkowano dalekie podróże transoceaniczne. Największy rozgłos zyskała w wieku XIX. Opowiadano wówczas w tawernach portowych o statku, który niczym widmo "zawsze z pełnymi żaglami, bez względu na wiatr i sztorm" krążyć będzie po oceanach aż do końca świata. Miał on być tak ogromny, że gdyby chłopiec okrętowy chciał obejść jego pokład wzdłuż burt, zakończyłby ten spacer jako siwy starzec. Niektórzy twierdzili, że potrzeba tylko siedmiu lat na to, aby obejść jego burty. Według jednych załoga Latającego Holendra składała się ze szkieletów ludzkich, według innych - z przezroczystych cieni. Sam kapitan był związany przymierzem z diabłem. Lubił kobiety i grę w karty. Co siedem lat zawijał do portu, żenił się, a następnie, zgodnie z przyrzeczeniem złożonym diabłu, powracał na morze. Spotkanie z Latającym Holendrem oznaczało nieszczęście i dlatego starzy kapitanowie woleli go unikać.
Każda legenda oparta jest na jakimś fakcie, który podczas rozrastania się opowieści bywa najczęściej przeinaczany bądź zupełnie zapomniany. Podobnie było z legendą o Latającym Holendrze. Na przełomie XVIII i XIX wieku kapitanowie statków żaglowych z powodzeniem mogli podejmować dalekie oceaniczne rejsy, chyba że przeszkodził im w tym sztorm lub cisza. Mimo że prędkość statków żaglowych w tym okresie znacznie wzrosła, nadal jednak były one zależne od kaprysów wiatru. Zdarzały się wypadki, że statek nie mógł wyjść ze strefy ciszy przez wiele tygodni. Wówczas po wyczerpaniu prowiantu załoga w szalupach opuszczała statek bądź ginęła z głodu i pragnienia. Nie uszkodzony statek dryfował więc, pozostając na łasce fal i wichrów, tak długo, aż rozbił się o nadbrzeżne skały. Czasem przyczyną odżywania legendy o Latającym Holendrze stawały się na wpół zatopione wraki statków, których niefortunni kapitanowie próbowali sforsować wiecznie burzliwe wody wokół przylądka Horn.
A dlaczego nazwa "Holender"? Istnieją dwie wersje na temat źródła tej legendy. Jedna z nich opowiada o holenderskim kapitanie Vanderbeckenie, który był wprawdzie dobrym żeglarzem, ale przy tym człowiekiem porywczym i (co najgorsze) - niezwykle upartym. W czasie rejsu wokół Afryki statek, którym dowodził kapitan Vanderbecken, w żaden sposób nie mógł minąć Przylądka Dobrej Nadziei. Przeciwny wiatr i sztorm miotały statkiem przez dziewięć tygodni. Ale Vanderbecken był uparty. Nie zważając na prośby i groźby załogi oraz pasażerów, trwał w swym uporze, prowadząc statek do zguby. Miotał straszliwe bluźnierstwa przeciwko wszystkim siłom ziemskim i niebieskim, aż rozwarły się wrota niebios i na głowę bluźniercy spadło przekleństwo, a potem jakaś postać przemówiła doń tymi słowy: "Skazany jesteś na wieczne żeglowanie bez chwili odpoczynku, bez możności stanięcia na kotwicy czy zawinięcia do portu. Nie będziesz miał ani tytoniu, ani piwa. Żółć będzie twoim napitkiem, a rozżarzone żelazo twoim pokarmem. Nigdy nie będziesz spał, a w chwili, gdy przymkniesz oczy - miecz przeszyje twoje ciało. A że radością twą było męczyć żeglarzy - będziesz dręczył ich nadal. Staniesz się złym duchem morza". I tak się też stało. Załoga opuściła przeklętego kapitana, na którego masztach szatan rozpiął na swe żagle. Błąka się on po wszystkich oceanach bez spoczynku i wytchnienia do dziś, przynosząc nieszczęście wszystkim tym, którzy go ujrzą. Jako przykład podawano tragedię klipra "Tolsade", którego załoga po spotkaniu Latającego Holendra uległa łańcuchowi nieszczęść. Najpierw fale sztormowe zmyły z pokładu pięciu marynarzy, następnie jeden z marynarzy spadł z masztu i zabił się, później kapitan popełnił samobójstwo, i wreszcie - kiedy statek zawinął do Hovard - załoga została zdziesiątkowana przez żółtą febrę.
Inna wersja pochodzenia legendy o Latającym Holendrze wspomina o doskonałym żeglarzu Bernardzie Fokkem. Jako kapitan holenderskiego żaglowca utrzymującego komunikację pomiędzy portami Holandii i Indii Fokke wyróżniał się wprost nadprzyrodzonymi zdolnościami żeglarskimi, które pozwalały mu pokonywać tę trasę znacznie szybciej niż się to udawało innym kapitanom. Statek jego nosił stale dodatkowe żagle, których śmiały kapitan nie refował ani w nocy, ani też przy bardzo silnym wietrze. Zazdrośni konkurenci pomawiali go oczywiście o związek z siłami nieczystymi. Z któregoś kolejnego rejsu kapitan Bernard Fokke nie powrócił. Wiadomo było tylko, że opuścił Batawię. Po drodze widocznie musiał się rozbić o podwodne skały, gdyż szalał wówczas sztorm. Znaleźli się jednak tacy, którzy widzieli "Latającego Holendra" - jak go popularnie nazywano. Słyszano nawet, że nawoływał mijane statki chcąc je widocznie wciągnąć na rafy.
Minęły wieki. Na morzach i oceanach zostały nieliczne żaglowce szkolne. Pojawiły się statki parowe, motorowe i w końcu atomowe. Zanotowano również bardziej nowoczesne zjawiska nadprzyrodzone, jak chociażby "latające talerze". Mogłoby się więc wydawać, iż legenda o Latającym Holendrze została zapomniana. A jednak wcale nie tak dawno, bo w 1959 roku odżyła na nowo. Stało się to za sprawą kapitana Algry, dowódcy holenderskiego frachtowca "Straat Dragelhaen". Opinia publiczna Południowej Ameryki została zbulwersowana wieścią, że w nocy z 7 na 8 października 1959 roku kapitan Algra oraz drugi oficer statku zauważyli Latającego Holendra w tradycyjnym miejscu, tj. w okolicach południowego cypla kontynentu amerykańskiego, gdzie Atlantyk spotyka się z wodami Oceanu Spokojnego. Tajemniczy statek - widmo miał postawione wszystkie żagle i szedł wprost na holenderski frachtowiec. Przerażony kapitan i drugi oficer nie mieli czasu na wykonanie odpowiedniego manewru, aby zapobiec kolizji. Kiedy wydawało się, że nic nie uchroni statku od zderzenia z tajemniczym żaglowcem, ten raptem rozpłynął się w przestrzeni, wprawiając w osłupienie stojących na mostku statku obserwatorów. Raport kapitana Algry na temat tego niecodziennego zjawiska został przyjęty zarówno przez armatora, jak i dziennikarzy bardzo sceptycznie, a nawet humorystycznie. Być może całą tę sprawę szybko by zapomniano, gdyby kapitan Algra nie znalazł obrońcy w osobie profesora F.I.H. Potgietera - światowego autorytetu w dziedzinie okultyzmu i spirytyzmu. Profesor zestawił długą listę wypadków spotkania Latającego Holendra - opis ich jest niemal identyczny. Profesor doszedł do stwierdzenia, że widmo żaglowca ukazuje się najczęściej przed lub po sztormie, zawsze na kursie prowadzącym do zderzenia z innym statkiem i zawsze znika, dosłownie w ostatnim momencie, przed mającym nastąpić zderzeniem. Trudno się dziwić profesorowi, zajmującemu się na co dzień okultyzmem i spirytyzmem, że wierzy w Latającego Holendra, skoro wśród olbrzymiego grona osób, które stwierdzały, iż na własne oczy oglądały Latającego Holendra, znajdował się również król angielski Jerzy V.
Każda legenda oparta jest na jakimś fakcie, który podczas rozrastania się opowieści bywa najczęściej przeinaczany bądź zupełnie zapomniany. Podobnie było z legendą o Latającym Holendrze. Na przełomie XVIII i XIX wieku kapitanowie statków żaglowych z powodzeniem mogli podejmować dalekie oceaniczne rejsy, chyba że przeszkodził im w tym sztorm lub cisza. Mimo że prędkość statków żaglowych w tym okresie znacznie wzrosła, nadal jednak były one zależne od kaprysów wiatru. Zdarzały się wypadki, że statek nie mógł wyjść ze strefy ciszy przez wiele tygodni. Wówczas po wyczerpaniu prowiantu załoga w szalupach opuszczała statek bądź ginęła z głodu i pragnienia. Nie uszkodzony statek dryfował więc, pozostając na łasce fal i wichrów, tak długo, aż rozbił się o nadbrzeżne skały. Czasem przyczyną odżywania legendy o Latającym Holendrze stawały się na wpół zatopione wraki statków, których niefortunni kapitanowie próbowali sforsować wiecznie burzliwe wody wokół przylądka Horn.
A dlaczego nazwa "Holender"? Istnieją dwie wersje na temat źródła tej legendy. Jedna z nich opowiada o holenderskim kapitanie Vanderbeckenie, który był wprawdzie dobrym żeglarzem, ale przy tym człowiekiem porywczym i (co najgorsze) - niezwykle upartym. W czasie rejsu wokół Afryki statek, którym dowodził kapitan Vanderbecken, w żaden sposób nie mógł minąć Przylądka Dobrej Nadziei. Przeciwny wiatr i sztorm miotały statkiem przez dziewięć tygodni. Ale Vanderbecken był uparty. Nie zważając na prośby i groźby załogi oraz pasażerów, trwał w swym uporze, prowadząc statek do zguby. Miotał straszliwe bluźnierstwa przeciwko wszystkim siłom ziemskim i niebieskim, aż rozwarły się wrota niebios i na głowę bluźniercy spadło przekleństwo, a potem jakaś postać przemówiła doń tymi słowy: "Skazany jesteś na wieczne żeglowanie bez chwili odpoczynku, bez możności stanięcia na kotwicy czy zawinięcia do portu. Nie będziesz miał ani tytoniu, ani piwa. Żółć będzie twoim napitkiem, a rozżarzone żelazo twoim pokarmem. Nigdy nie będziesz spał, a w chwili, gdy przymkniesz oczy - miecz przeszyje twoje ciało. A że radością twą było męczyć żeglarzy - będziesz dręczył ich nadal. Staniesz się złym duchem morza". I tak się też stało. Załoga opuściła przeklętego kapitana, na którego masztach szatan rozpiął na swe żagle. Błąka się on po wszystkich oceanach bez spoczynku i wytchnienia do dziś, przynosząc nieszczęście wszystkim tym, którzy go ujrzą. Jako przykład podawano tragedię klipra "Tolsade", którego załoga po spotkaniu Latającego Holendra uległa łańcuchowi nieszczęść. Najpierw fale sztormowe zmyły z pokładu pięciu marynarzy, następnie jeden z marynarzy spadł z masztu i zabił się, później kapitan popełnił samobójstwo, i wreszcie - kiedy statek zawinął do Hovard - załoga została zdziesiątkowana przez żółtą febrę.
Inna wersja pochodzenia legendy o Latającym Holendrze wspomina o doskonałym żeglarzu Bernardzie Fokkem. Jako kapitan holenderskiego żaglowca utrzymującego komunikację pomiędzy portami Holandii i Indii Fokke wyróżniał się wprost nadprzyrodzonymi zdolnościami żeglarskimi, które pozwalały mu pokonywać tę trasę znacznie szybciej niż się to udawało innym kapitanom. Statek jego nosił stale dodatkowe żagle, których śmiały kapitan nie refował ani w nocy, ani też przy bardzo silnym wietrze. Zazdrośni konkurenci pomawiali go oczywiście o związek z siłami nieczystymi. Z któregoś kolejnego rejsu kapitan Bernard Fokke nie powrócił. Wiadomo było tylko, że opuścił Batawię. Po drodze widocznie musiał się rozbić o podwodne skały, gdyż szalał wówczas sztorm. Znaleźli się jednak tacy, którzy widzieli "Latającego Holendra" - jak go popularnie nazywano. Słyszano nawet, że nawoływał mijane statki chcąc je widocznie wciągnąć na rafy.
Minęły wieki. Na morzach i oceanach zostały nieliczne żaglowce szkolne. Pojawiły się statki parowe, motorowe i w końcu atomowe. Zanotowano również bardziej nowoczesne zjawiska nadprzyrodzone, jak chociażby "latające talerze". Mogłoby się więc wydawać, iż legenda o Latającym Holendrze została zapomniana. A jednak wcale nie tak dawno, bo w 1959 roku odżyła na nowo. Stało się to za sprawą kapitana Algry, dowódcy holenderskiego frachtowca "Straat Dragelhaen". Opinia publiczna Południowej Ameryki została zbulwersowana wieścią, że w nocy z 7 na 8 października 1959 roku kapitan Algra oraz drugi oficer statku zauważyli Latającego Holendra w tradycyjnym miejscu, tj. w okolicach południowego cypla kontynentu amerykańskiego, gdzie Atlantyk spotyka się z wodami Oceanu Spokojnego. Tajemniczy statek - widmo miał postawione wszystkie żagle i szedł wprost na holenderski frachtowiec. Przerażony kapitan i drugi oficer nie mieli czasu na wykonanie odpowiedniego manewru, aby zapobiec kolizji. Kiedy wydawało się, że nic nie uchroni statku od zderzenia z tajemniczym żaglowcem, ten raptem rozpłynął się w przestrzeni, wprawiając w osłupienie stojących na mostku statku obserwatorów. Raport kapitana Algry na temat tego niecodziennego zjawiska został przyjęty zarówno przez armatora, jak i dziennikarzy bardzo sceptycznie, a nawet humorystycznie. Być może całą tę sprawę szybko by zapomniano, gdyby kapitan Algra nie znalazł obrońcy w osobie profesora F.I.H. Potgietera - światowego autorytetu w dziedzinie okultyzmu i spirytyzmu. Profesor zestawił długą listę wypadków spotkania Latającego Holendra - opis ich jest niemal identyczny. Profesor doszedł do stwierdzenia, że widmo żaglowca ukazuje się najczęściej przed lub po sztormie, zawsze na kursie prowadzącym do zderzenia z innym statkiem i zawsze znika, dosłownie w ostatnim momencie, przed mającym nastąpić zderzeniem. Trudno się dziwić profesorowi, zajmującemu się na co dzień okultyzmem i spirytyzmem, że wierzy w Latającego Holendra, skoro wśród olbrzymiego grona osób, które stwierdzały, iż na własne oczy oglądały Latającego Holendra, znajdował się również król angielski Jerzy V.
"Kraj Amazonek"
Legenda o kraju Amazonek pochodzi z mitologu starogreckiej. Ale dopiero we wczesnym średniowieczu historia o wojowniczych kobietach - dziewicach nabrała szczególnego rozgłosu. Skąd wzięła się jednak ta zadziwiająca opowieść? Najczęściej tłumaczono ją jako niejasne wspomnienie pradawnego ustroju społecznego zwanego matriarchalnym. W mitologii starogreckiej "kraj kobiet" umiejscowiono nad Morzem Czarnym. Natomiast Adam z Bremy usytuował ojczyznę wojowniczych kobiet na Bałtyku, w Zatoce Botnickiej. Twierdził, że pogardzają one mężczyznami, jeśli jednak urodzą, to dzieci płci męskiej mają psie głowy, zaś dzieci płci żeńskiej wyrastają na najpiękniejsze kobiety. Legenda o kraju Amazonek stała się w średniowieczu stałą pozycją opowieści kapitanów, których okręty docierały daleko na północ. Umiejscawiano go jednak różnie: raz na Bałtyku, raz znowu na północny wschód od Norwegii. Wszyscy byli zgodni natomiast co do tego, że kraj taki istnieje i że rzeczywiście zamieszkują go wyłącznie niewiasty. Notatkę o "kraju kobiet” zamieścili nawet wydawcy monumentu "Historiae Noryegiae". Ale dopiero w naszych czasach uczeni doszli do wniosku, że legenda o Amazonkach żyjących rzekomo gdzieś w północnym kraju wzięła się z ugrofińskiej nazwy Finlandii Kainulajset, która przez Szwedów przekręcona została na Ouaniand. "Quaa", "quino" lub "queen" oznacza w Islandii i Skandynawii kobietę, stąd "Quanland" tłumaczono jako legendarny "kraj kobiet". Legenda o kraju Amazonek ożyła znowu w epoce renesansu. Tym razem za Oceanem Atlantyckim w dopiero co odkrytym Nowym Świecie. Już w latach trzydziestych XVI stulecia hiszpańscy konkwistadorzy i misjonarze dotarli do Peru, przeszli Andy i zeszli z zimnych wyżyn na nizinę Amazonki, w celu odszukania i ochrzczenia Amazonek. W 1541 roku żeglarze hiszpańscy pod dowództwem Orellana wyruszyli na brygantynie, zgodnie z prądem rzeki Napo, i dotarli do "Rzeki Amazonek", Którą płynęli przez 172 dni, by wreszcie osiągnąć "Słodkowodne Morze". Tak więc Orellana był pierwszym Europejczykiem, który przemierzył z zachodu na wschód - od Oceanu Spokojnego do Atlantyckiego - ląd Ameryki Południowej. Przebieg tej olbrzymiej podróży opisuje w swych notatkach jeden z uczestników wyprawy Carbajal, który między innymi tak wspomina spotkanie z Amazonkami: "24 czerwca ujrzeliśmy wieś, którą zamieszkiwały same tylko jasnoskóre kobiety, nie utrzymujące stosunków z mężczyznami. Kobiety te nosiły długie warkocze, były rosłe i silne oraz uzbrojone w łuki i strzały. Zaatakowały one nasz okręt, zostały jednak odparte, przy czym w walce poległo ich siedem lub osiem". Ta część opowiadania Carbajala wywarła duże wrażenie na współczesnych, którzy nazwali największą rzekę Ameryki Południowej "Rzeką Amazonek". Relacje Orellany i Carbajala z podróży znalazły również zdecydowanych przeciwników, którzy nazwali Orellana i Carbajala łgarzami, a wzmiankę o "republice kobiet - rycerzy", Amazonek, uznali za wierutne brednie. Jak się okazało, mieli oni rację, gdyż wszyscy późniejsi podróżnicy na próżno szukali wzdłuż brzegów Amazonki chociażby śladów owego "kraju kobiet".
"Końskie szerokości"
Prosty irlandzki marynarz czy rybak mówi: "Każde zwierzę na lądzie ma swego odpowiednika w morzu, a szczególnie konie". Kiedy flaga Hiszpanii powiewała nad terytorium od Florydy do Pacyfiku, każdy hiszpański awanturnik przekraczający Atlantyk miał ze sobą swego konia. Człowiek i koń byli bliskimi sobie istotami, przedzielało ich tylko siodło. Człowiek wierzył, że jego koń ma duszę. Karawele, na których przybywali Hiszpanie do Nowego Świata, były w istocie wolno poruszającymi się starymi żaglowcami; musiały one przejść na oceanie przez strefę cisz podzwrotnikowych (około 35°N). Ta strefa charakteryzuje się wysokim ciśnieniem barometrycznym oraz orzeźwiającym powietrzem. Była ona jednak bardzo niebezpieczna, ponieważ unieruchamiała statki żaglowe bez napędu mechanicznego nieraz na wiele dni, które, chcąc nie chcąc, dryfowały w kółko. Statek mając na pokładzie i konie, i ludzi nie mógł zabezpieczyć wystarczającej ilości słodkiej wody. A konie potrzebują dużo wody, więc kiedy jej zapas się wyczerpał, oszalałe z pragnienia zwierzęta zrywały się ze swych uwięzi i wskakiwały do oceanu. Czasami konie wyrzucano za burtę, zwłaszcza te, które nie mogły znieść trudów morskiej podróży, aby ocalić te lepsze. Legenda mówi, iż właściciel często wskakiwał do morza za swoim koniem. Nawet dzisiaj wśród hiszpańskich marynarzy można spotkać takich, którzy wierzą, iż duchy tych koni straszą na morzu. Twierdzą, że sami niejednokrotnie je widzieli. Oczywiście nie wszyscy marynarze dają temu wiarę, niemniej jednak właśnie te szerokości, gdzie oszalałe z pragnienia konie wyskakiwały za burtę, nazywają się "końskimi szerokościami".
"Grochowe wyspy"
O "grochowych wyspach" wspominają stare sagi normandzkie. Żaglowiec "Refanut", według tych sag, był nie tylko największym, wprost monstrualnym żaglowcem, ale jednocześnie najdziwniejszym statkiem, jaki kiedykolwiek pływał po morzach świata. W swojej nieustającej podróży "Refanut" trafił również na Bałtyk. I chociaż Morze Bałtyckie miało znacznie głębsze wody niż dzisiaj, to jednak zanurzenie statku było tak wielkie, że utknął on na mieliźnie w rejonie cieśnin duńskich. Aby zmniejszyć zanurzenie żaglowca, wyrzucono z niego "pewną ilość balastu za burtę". Nie byłoby może w tym nic dziwnego, gdyby ten balast liczył setki, a może nawet tysiąc ton. Tymczasem wystarczyło go na usypanie dwóch wysp - Gotlandii i Olandii. Nie koniec na tym... Statek po zejściu z mielizny napotkał widocznie jeszcze kilka miejsc płytszych, gdyż wysp takich powstało znacznie więcej. Nie zawsze tworzyły się one wskutek wyrzucania balastu. Powstawały również z resztek pokarmu, który wyrzucała załoga statku. Wynikałoby z tego, że załogę "Refanuta" stanowili ludzie niesamowitego wzrostu, gdyż ilość i wielkość grochu spożywanego przez marynarzy, a właściwie resztki jego wyrzucane za burtę wystarczyły na powstanie kilku "wysp grochowych" - jak je nazwali kronikarze szwedzcy - z których największa nosi dzisiaj nazwę Christianso. Nie wiadomo, jak długo pływałby "Refanut" po morzach świata, gdyby nie ograniczone możliwości dokowania w ówczesnych portach. Chociaż i dzisiaj nie znalazłby się na pewno odpowiedni dok, który by mógł pomieścić tego olbrzyma. Tak więc "Refanut" zatonął. Nie pomógł w tym wypadku wysiłek całej załogi olbrzymów i tysiące pomp, które pracowały dniem i nocą. Woda wdzierała się powoli, ale nieprzerwanie. Któregoś dnia fale Oceanu Atlantyckiego pochłonęły "Refanuta" na zawsze. Pamięć o statku, "który był duży jak cały kraj i maszty miał wyższe od największych gór" przetrwała jednak wśród następnych pokoleń i jeszcze w XVII wieku mówiono o tym dziwolągu.