żagle,żeglarstwo,szkolenia,wspomnienia

rejsy,tawerna,zagle,żaglach

zeglarstwo,szanty,informacje.

żeglarstwo jako moja pasja - żeglarstwo jako hobby

Zapraszamy do galerii oraz tapet

A na mroźne wieczory, zapraszamy do czytania ciekawych książek.

żeglarstwo sposobem na życie

Obejżyj tapety, na których żagle ukazują to, czym dla mnie jest żeglarstwo - sposobem na życie. Odwiedź naszą tawerne i naciesz swoje ucho historiami, nie z tego świata :). Przeczytaj wspomnienia opisujące nasze rejsy. Ujżyj w myślach widoki pięknych mazur. Wszytsko znajdziesz na tej stronie - żeglarstwo, zeglarstwo, tawerna, widoki, zagle, żagle, wspomnienia.
0.30093000 1280608491
 

/ Tawerna / Robak

 

Czarter Blues, czyli jak zostałem morskim taternikiem 3/3

Po godzinie tamci z kei nie wytrzymali. Najbardziej gniewny zażądał oficjalnie widzenia z kapitanem i wypuszczenia kolegi z aresztu statkowego, strasząc policją. Ten pierwszy, słysząc głosy z zewnątrz, przypomniał sobie nagle, co jest grane. Wygramolił się zza stołu, przy którym już siedziała chyba cała załoga (wszystkiego z tuzin marynarzy), zapytał grzecznie, czy może zaprosić kolegów i wyleciał na pokład. "Chłopaki!" - zawołał - "Nie ma poruty! Chodźcie na dół!" Oczywiście - chłopcy nie widzieli polskiego jedzenia od prawie roku, klepali biedę emi/imigrancką, a stojąc od 9:00 do 16:00 dorabiali do skromnego zasiłku. Zanim więc siedli za stół, pożyczyli od nas jakieś linki i przymocowali transparenty do kei. Co prawda najpierw mieli pomysł, by przywiązać je do naszego relingu, ale krótkie "Chyba żeście panowie oszaleli?", rzucone z między kapitańskich zębów i fajki, zdecydowało o opcji niezależnej od żaglowca. Dalej było już normalnie. Chłopcy pojawiali się rano, wyjmowali swoje transparenty z pogoriowych bakist ("po co nosić tam i nazad?"), mocowali je do pomostu i biesiadowali z nami do późna w noc, zawsze jednak zwijając sztandary o 16-tej. Tak trwało do końca naszej wizyty. Z powodu mgły nie było czarteru hamburskiego i napiwków, z powodu indolencji działaczy nie podpisano umowy na półroczny czarter kanaryjski, z Hamburga wróciliśmy więc prosto do Gdyni. 

Co ma do tego paryska "Kultura"? Ano tyle, że zażyczyliśmy sobie, by goście przynieśli nam jakieś polskie wydawnictwa, bo w kraju cenzura szalała i prasy czytać się nie dawało. Chłopaki przynieśli kilka worków literatury: książek, numerów "Kultury", "Zeszytów historycznych" - wszystko w wydaniu mini, specjalnie dla przemytników. Jeśli ktoś tych edytorskich curiosów nie widział, niech żałuje: książki formatu książeczki do nabożeństwa i tylko dla najwytrwalszych - ja na przykład nie byłem w stanie nic przeczytać bez lupy. W pierwszych rejsach znające się wcześniej z lądu grupki przyjaciół, wpierw dyskretnie, a później coraz głośniej dyskutowały i zastanawiały się, kto na pokładzie pełni funkcję "człowieka Majora", czyli (gdyby kto nie zrozumiał) wtyki bezpieki. Było to o tyle istotne, że praktycznie wszystko, co wieźliśmy do kraju podlegało ocleniu, a niezgłoszenie towaru czyniło nas automatycznie przemytnikami i blokowało paszport na następne rejsy. Do zdemaskowania sabotażystów gospodarczych nie trzeba było nawet "czarnej brygady", która według podań szeptanych potrafiła odkręcać płyty boazerii ze ścian - wystarczył jeden celnik w pomieszczeniu nie tym, co trzeba, bo i na żaglowcu tak dużym jak "Pogoria", trudno było schować używane (choć prawie nowe!) pralki, trzymetrowe rulony dywanów, paczki z dżinsami czy kartony ze spirytusem "Kastor" zwanym powszechnie "Śmierć marynarza". Działalności "człowieka Majora" nie odczuliśmy jednak ani bezpośrednio, ani później. Możliwe więc, że wtyczki nie było, albo że jej zadanie polegało na zupełnie czym innym (czym?). Niemniej "Czarter blues" podsumował te dyskusje i niepokoje na swój sposób:

Na statek wpada czarna brygada,
"Major" na pewno coś o tym wie!
A na załogę strach blady pada:
"Chowaj dolary! Kto żyw ratuj się!"

Literaturę zabraliśmy ze sobą. Na morzu, rada w radę, postanowiliśmy zawinąć cały towar w żagiel bombramrei, a więc najwyższej rei żaglowca, dobre 35 metrów nad pokładem: jak celnicy chcą, niech się wdrapują! - zresztą chyba nie przyszło nam nic innego do głowy. Wiadomo było jedno: przemycanym towarem trzeba się z celnikami podzielić, a za "bibułę" się siedzi, bo polityka władz nic się nie zmieniła od czasów procesu słynnych "taterników", czyli grupy śmiałków którzy dostali długie wyroki za przenoszenie zakazanych książek w plecakach przez "zieloną" tatrzańską granicę.
W Gdyni witali nas WOP-iści z celnikami. Powitanie było tradycyjne: "To ilu zostało, panie kapitanie?" Na krótkie warknięcie Kapitana "Nikt!", oficer WOP-u zrobił głupawą minę i powtórzył pytanie. Gdy powtórzyła się i odpowiedź, szef celników szturchnął WOP-istę w bok i wymownie podniósł brwi. Kapitan, Intendent i obsługujący kapitański salon marynarze znali to już dobrze, bo podobnie - choć czasem bardziej dosadnie - reagowali oficjalni reprezentanci PRL, gdy załoga wracała w komplecie (całym komplecie!) z poprzednich czarterów. Po WOP-iście wziął się do dzieła szef celników. Zgodnie z tradycją najpierw postawił pustą teczkę na podłodze kapitańskiej kabiny. Wnoszący wódkę Intendent "powinność służby swej rozumiał", dyskretnie teczkę podjął i wyniósł. W progu dogoniły go słowa: "Jakbyście mieli rajstopy, to moja stara nosi czterdzieści osiem". Teczka wróciła pełna. Celnik, nie zaglądając, podniósł ją z ziemi, ocenił wagę, pokiwał głową (Intendent powinność służby swej rozumiał DOBRZE) i wziął się do wypełniania papierów. Po jakimś czasie zapytał: - A literaturę jakąś pan tam włożył? - Jaką literaturę!? - zaperzył się Intendent, pamiętając, że dżinsy "Montana", rajstopy i spirytus to tylko towar, a książki "Kultury" to kontrrewolucja - My? Literaturę? My nic takiego do ręki nigdy w życiu! - No, no - powiedział celnik. - Rozumiem, rozumiem. Ale celnicy też ludzie, nie? Też chcemy wiedzieć, co się na świecie mówi. Trochę poczytać. Wie pan co? Żeby nie było "do ręki", to pan włoży trochę "tego" pod materac na pierwszej koi z lewej strony w pierwszym kubryku. A któryś z moich chłopaków to weźmie i będzie dobrze. - A później co? - Intendent był dokładny. - Raport? - Jaki raport? Coś pan! - obruszył się celnik. - No, niech pan coś tam zarządzi.

Zarządzenie Intendenta jednego z nas kosztowało wycieczkę na najwyższą reję. Celnicy nie wiedzieć kiedy "zwinęli bibułę" i po obfitej konsumpcji napojów wyskokowych rozstaliśmy się - jak mówił Marek Hłasko - ogólnie rozcałowani. Resztę książek - było tego, bez przesady, kilkanaście kilogramów - wyciągnęliśmy z żagla dopiero w stoczni. Dalszych przygód z "zarzewiem kontrrewolucji" nie było żadnych: część trafiła do ludzi, reszta została w naszych bibliotekach. W ten sposób pierwszy raz wpadła mi w ręce świetna książka Bukowskiego "I powraca wiatr" oraz "Wierny Rusłan", którego autora nie pamiętam, ale treść doskonale. O przemycie bibuły "Czarter blues" nie mówił nic - był to ostatni rejs w sezonie i tekst nie miał kiedy powstać. Kończył się zwrotką, którą podczas pożegnań śpiewaliśmy najgłośniej, żeby bez pudła usłyszały ją "odnośne czynniki":

Aż wreszcie Gdynia i port jachtowy,
Już kontrabandę wszyscy ukryli.
WOP-istę celnik ukradkiem szturcha:
"Popatrz frajerów! Wszyscy wrócili!"

Po niej był już tylko refren:

To czarter blues, To czarter blues, To czarter blues! - I już!