żagle,żeglarstwo,szkolenia,wspomnienia

rejsy,tawerna,zagle,żaglach

zeglarstwo,szanty,informacje.

żeglarstwo jako moja pasja - żeglarstwo jako hobby

Zapraszamy do galerii oraz tapet

A na mroźne wieczory, zapraszamy do czytania ciekawych książek.

żeglarstwo sposobem na życie

Obejżyj tapety, na których żagle ukazują to, czym dla mnie jest żeglarstwo - sposobem na życie. Odwiedź naszą tawerne i naciesz swoje ucho historiami, nie z tego świata :). Przeczytaj wspomnienia opisujące nasze rejsy. Ujżyj w myślach widoki pięknych mazur. Wszytsko znajdziesz na tej stronie - żeglarstwo, zeglarstwo, tawerna, widoki, zagle, żagle, wspomnienia.
0.73564800 1280608473
 

/ Rejsy / Suszenie 2005

 

Suszenie jachtu - sierpień 2005

Ponieważ Ramaya była pakowana w rzęsistym deszczu, należało wrócić i wysuszyć przemoczony jacht. Wszystko, co włożyliśmy do środka, było przemoczone. Podczas powrotu do domu mieliśmy już gotowy plan - przyjechać, gdy tylko zrobi się stabilna, ciepła pogoda. Musieliśmy na nią trochę poczekać. Dokładnie dwa tygodnie po przyjeździe do Warszawy pakowaliśmy nasze bagaże do PKSu. Nareszcie zrobiło się gorąco - można jechać. PKS odchodził z dworca w Warszawie i dojeżdżał bezpośrednio do Giżycka.

Po pięciu godzinach byliśmy na miejscu - tzn musieliśmy jeszcze dojść piechotą do Pięknej Góry, ale to była pestka. Przepełnieni niepokojem narastającym przez kilkanaście dni otworzyliśmy kabinę i... naszym oczom ukazało się suche wnętrze z zatęchłym powietrzem. Odetchnęliśmy z ulgą, ponieważ naszym zadaniem pozostało tylko dokładne wywietrzenie jachtu i wysuchenie go z resztek wilgoci, która zaplątała się w wykładzinę.

Pogoda nam sprzyjała, więc nie mieliśmy się czym martwić. Nie zamierzaliśmy wypływać z portu, toteż w ramach miłego spędzania czasu wybraliśmy się na pieszą wycieczkę do Giżycka - po prowiant i na lody. Przy okazji obeszliśmy potężne mury Twierdzy Boyen. Nie muszę chyba wspominać o zjedzeniu pysznego "okonka" w ulubionej knajpie.

Nie mieliśmy ze sobą wiele bagażu, jedynie śpiwory i po kilka ubrań, więc pozostawało nam jedynie cieszyć się ciszą i wczesnym zmrokiem. Nie mieliśmy żadnej lampki, jedynie świeczkę i latarnie portowe, więc chodziliśmy spać z kurami. O tym, że jachtowi należy się solidne przewietrzenie przekonałam się już pierwszego wieczora, gdyż po dłuższym siedzeniu na koi i czytaniu książki moje spodnie były wilgotne. Szybko uciekłam do cieplutkiego śpiwora. Powalczyliśmy jeszcze z komarami (one chyba lubią nocny chłód), nagrzaliśmy kabinę kuchenką gazową i poszliśmy spać.

Następnego dnia wstaliśmy wczesnym przedpołudniem - nigdzie mi się tak dobrze nie śpi, jak na Mazurach. Planowaliśmy wypłynąć kajakiem na jezioro Tajty. Nigdy jeszcze tam nie byliśmy, gdyż nie wiedzieliśmy, jakie są tam warunki dla naszej Ramayi. Po ustaleniu sposobu wiosłowania (kiedyś myślałam, że to łatwe) minęliśmy przesmyk i wpłynęliśmy na otwarte jezioro. Niby na mapie tak to wygląda, ale rzeczywistość mnie zaskoczyła. Jest gdzie żeglować. Sporo miejsc po jachtach świadczy o tym, że wielu żeglarzy tutaj zagląda. Poza tym jezioro jest objęte strefą ciszy, więc można zapomnieć o hałasie motorówek. W następnym roku zajrzymy tu podczas rejsu.

Po dwóch godzinach wiosłowania wróciliśmy do portu. Nie mieliśmy siły na spacery, więc zabraliśmy się za porządkowanie achteru. Tzn Kapitan układał wszystko według sobie tylko znanego sposobu a ja kibicowałam podając różne rzeczy. Ponieważ jacht był w dużo lepszym stanie, niż się tego spodziewaliśmy, postanowiliśmy wracać do Warszawy następnego dnia - w sobotę. Jednym z argumentów za takim rozwiązaniem była również możliwość kupienia wędzonych ryb w gospodarstwie rybackim - niepracującym w niedzielę. W sobotę rano wyjedliśmy do końca nasze skomne zapasy. Pozostało nam tylko spakować wszystko do jachtu. To niesamowite, jak kabina Ramayi jest pojemna. mieści się tam wszystko z wyjątkiem masztu. Schowaliśmy żagle, silnik, gretingi - wszystko wysuszone na palącym słońcu. Łódeczkę zamontowaliśmy na dziobie, a wejście do kabiny zakryliśmy plandeką. Jacht był spakowany. Zarzuciliśmy nasze bagaże na plecy i wyruszyliśmy do Giżycka.

Za godzinę miał odchodzić nasz PKS, więc się spieszyliśmy. Na miejscu zobaczyliśmy przystanek, wokół którego przysiadła chmara ludzi z plecakami. Niezrażeni poszliśmy kupić bilet. W okienku pani najpierw bardzo się zdziwiła, że chcemy kupić bilet "na dzisiaj", a nie "na jutro". Okazało się, że najbliższy PKS w stronę Warszawy odchodzi o 20.05. Za pięć godzin. Nigdy jeszcze nie byłam w podobnej sytuacji. Postanowiliśmy "czymś się zająć". Posiedzieliśmy jakiś czas nad kanałem obserwując przeprawę jachtów. Mogłam się do woli napatrzeć, jak tak naprawdę działa ten przesuwany most. Było bardzo gorąco, więc raczyliśmy się lodami włoskimi - uwielbiam je. Znaleźliśmy też bar, w którym serwują bardzo dobry kebab - przeszliśmy w tym celu całkiem spory kawał. Posileni pospacerowaliśmy jeszcze wzdłuż kanału - cały czas mieliśmy na plecach bagaże. Kupiliśmy prowiant i wybraliśmy się na dworzec autobusowy. Po godzinie czekania przyjechał nasz autobus. Podczas jazdy mijaliśmy wszystkie te miejscowości, które odwiedzaliśmy z wody - Ryn, Mikołajki, Ruciane. Zaskoczył nas też kolor księżyca - był pomarńczowy od barwy zachodzącego słońca.

W spokoju i przyjemnym mroku upłynęła nam podróż. W Warszawie byliśmy o drugiej w nocy - taksówką dojechaliśmy na Ursynów. Ok trzeciej w nocy zakończył się dzień tak pełen wrażeń. Okazało się wtedy, że jedna duża sieja i siedem małych sielawek, które zostały w południe spakowane do mojego plecaka, przetrwały kilkanaście godzin w nienaruszonym stanie.

Nietoperzyca