"Wróćmy na jeziora..." - parę wspomnień
Wakacje... Któż o nich nie myśli? My myślimy przez cały rok. Planujemy, co zrobimy i dokąd popłyniemy. Ten rok niczym nie różnił się od dwóch poprzednich. Przez cały czas siedzenia w domu, pracy i nauki zastanawialiśmy się, jak będą wyglądać nasze trzecie wspólne wakacje pod żaglami.
Jachtem, na którym przemierzamy Wielkie Jeziora Mazurskie, jest wysłużona Ramaya. Jest to chyba jeden z najcięższych jachtów na Mazurach (waży 2,5 tony) i jeden z najstarszych wciąż używanych (liczy sobie grubo ponad 20 lat). Wyjaśnia to potrzebę ciągłego zastanawiania się, co trzeba wymienić, a co pomalować, zanim zacznie się rejs. Co roku coś jest do naprawy. A to knagi nie wytrzymały próby czasu albo greting trzeba wymienić lub pomalować.
W tym roku malowania było niewiele, za to trzeba było popracować nad silnikiem. Silnik jest bardzo
oryginalny, bo równie stary, jak Ramaya, konstrukcja brytyjskiej marynarki - najgłośniejsza maszyna,
jaką słyszałam. Chyba tylko silniki odrzutowe w samolotach są głośniejsze. Na szczęście jest niezawodny
- po przeczyszczeniu zimą działał jak nowy.
Spuściliśmy jacht na wodę i opuściliśmy port. Pierwszą noc rejsu spędziliśmy na Jez. Tajty nieopodal portu.
Nie lubimy spać w portach - zbyt dużo ludzi i brak niezależności nas odstrasza. Chcieliśmy jak najszybciej
dostać się na południe, więc musieliśmy pokonać kanałki. Jest to zawsze nielicha atrakcja, gdyż trzeba
położyć maszt. Nic specjalnego..? Nie do końca. Nasz maszt jest drewniany. Drewniany i ciężki.
Wygląda ślicznie, niemniej jednak operowanie nim jest nieco kłopotliwe. Opanowaliśmy tą sztukę
niemalże do perfekcji. Kapitan trzyma sam maszt i, wykorzystując siłę własnych ramion, stawia go lub
kładzie. Moja rola jest przy sztagu - asekuruję maszt, aby nie spadł albo pomagam podciągnąć go do góry.
Po kilku minutach maszt leży pokornie wzdłuż kadłuba na nowym "patencie do trzymania masztu"
(ostatni niechcący utopiłam..), zrobionym podczas pierwszego dnia postoju.
Pierwszy kanał jest dla nas najzabawniejszy - nie powinniśmy móc się przez niego przedostac,
gdyż nasz kil jest zbyt głęboko pod wodą (zanurzenie ok 70 cm), a mimo to jeszcze nigdy nie utknęliśmy
w nim na mieliźnie. Ciekawe, prawda?
Po przepłynięciu kanałów, co zajęło nam tym razem więcej czasu ("...w końcu nigdzie nam się nie spieszy...")
dotarliśmy do zatoczki Rominek. Uwielbiam to miejsce. Cisza, spokój, czysta woda i wspaniała pogoda, która
nam dopisała, spowodowały, że siedzieliśmy tam tydzień. Obiecaliśmy sobie zimą, że nałapiemy się słońca na
cały rok i tutaj to zrealizowaliśmy. Siedzieliśmy na powietrzu, opalaliśmy

Wyścigi Old Timer'ów
swoje blade ciała i czytaliśmy ksiażki lub słuchaliśmy radia. Na jachcie słucha się tylko jednej rozgłośni -
Jedynki z niepowtarzalną audycją "Lato z Radiem" lub słucha się mnie, jak czytam na głos jakąś książkę. Tym razem naszą rejsową
lekturą był "Znaczy Kapitan" Karola Olgierda Borchardta, która zapewniła nam przednią rozrywkę.
Dopiero ewidentny brak zapasów zmusił nas do popłynięcia do Rynu i stanięcia w naszym ulubionym porcie.
W zeszłym roku po stole w tutejszej knajpie przechadzały się koty, czekajac, aż zjemy, by dobrać się do
pozostawionych przez nas ości. W tym roku chyba nie były głodne...
Zrobiliśmy zakupy i pożeglowaliśmy dalej na południe. Nie obyło się bez przygód. Zgubiliśmy kotwicę. Tzn.
Kapitan utopił cięższą kotwicę. Zachodzę w głowę, jakim cudem rozwiązał się przy niej najpewniejszy
węzeł, stosowany niemal uniwersalnie - ratowniczy. Jako że nie czułam się odpowiedzialna za zgubę
(kotwice są dla mnie zbyt ciężkie, więc prawie ich nie dotykam), musiał po nią zanurkować ktoś inny.
Tak, był to Kapitan. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że była zimna woda
(rano, po chłodnej nocy) oraz słońce skryło się za grubą warstwą chmur, co było oznaką kiepskiej
pogody, która nas później spotkała. Zmarzł okrutnie, ale ratowniczy pod wodą zawiązał i zguba została
odzyskana. Nawet zbyt głośno nie prychał na moje delikatne sugestie umycia się w jeziorze. Przecież skoro
już jest w wodzie i marznie, to nie sprawi mu różnicy kilku minut. Popatrzył tylko na mnie, jakby
chciał powiedzieć: "Baby..!", wziął mydło, szampon i doprowadził się do porządku. Ja siedziałam w wodzie
bardzo często, gdyż przez cały rok obiecywałam sobie, że napływam sie na cały następny rok (uwielbiam pływać),
a także korzystałam ze wszystkich portowych pryszniców, robiąc sobie taki prywatny ranking natrysków.
Podczas ulewnych deszczów nawet ja darowałam sobie moczenie w jeziorze - wystarczyło nam to, co na nas
spadło z nieba.
Po kilku dniach dotarliśmy do śluzy w Guziance. Śluzowanie jest dla mnie wyjątkową atrakcją. Tym razem
musieliśmy wpłynąć z niższego poziomu wody na wyższy, więc w śluzie robiło się coraz więcej miejsca.
Zabawnie jest z powrotem, zwłaszcza jeśli jachty ustawią się burta przy burcie, a pod nimi wpłyną jeszcze
kajaczki, które przecież wszędzie się zmieszczą. Wtedy robi się coraz mniej miejsca, a że żeglarze są
dość hałaśliwym narodem, ma to swoje konsekwencje w nastrojach przepływających. Zawsze zastanawiam się,
jak to jest, że jeszcze nie widziałam, aby jakiś jacht uszkodził się w czasie śluzowania.
Nasza Ramaya ma jeszcze dodatkową cechę, której nie posiadają inne jachty - jest ciężka i wolna. Nie jesteśmy
w stanie się błyskawicznie rozpędzić, lecz jeśli posiadamy już jakąś prędkość, to trudno nas zatrzymać.
Ludzie nie zdają sobie z tego sprawy i potrafią np zagrodzić nam w poprzek drogę, próbować wyprzedzić,
licząc na to, że, widząc to, zwolnimy przed nimi. Jak na razie nic nikomu nie zrobiliśmy, niemniej
jednak bardzo wszystkiego pilnuję, gdy tak siedzę sobie na dziobie i podpowiadam kapitanowi, jak ma sterować.
Po zakupach w Rucianym jesteśmy na Nidzkim. Na tym jeziorze obowiązuje cisza, a wokół rozciąga się malownicza
Puszcza Piska. Tutaj człowiek czuje, że żyje. Niestety psuje nam się pogoda. W Rominku kąpałam się w
jeziorze niemal każdego dnia, tutaj woda jest na to za zimna. W Rominku udało mi się nawet skusić na
kąpiel mojego Kapitana, znanego z błyskawicznego marznięcia w zimnej wodzie i z ogólnego wstrętu do
moczenia się w czymś, co nie ma temperatury wody w wannie. Musiałam być bardzo wiarygodna,
gdy mówiłam: "Och kochanie, woda jest taka ciepła!" Do tej pory mi to wypomina.
Codzienne wizyty tych samych łabędzi, głodnych tak, jakby były ich setki, a nie trójka, rekompensują brak
kąpieli. Głodne ptaki (kaczki i łabędzie) spotykaliśmy już w innych miejscach, jednak te były zdecydowanie
najbezczelniejsze. Na jeziorze Nidzkim naszym ulubionym portem jest Karwica. W tym roku wpływaliśmy do
niego kilka razy - zawsze w strugach deszczu, czasem przelotnego. Raz, podczas powrotu, złapała nas
nawałnica, która "zasadzała" się na nas tak, jakby czekała, aż wyjdziemy z portu. Rozpadało się w
momencie, gdy dopływaliśmy do Bindugi Drapacz - dużego pola namiotowego. Jest tam bardzo płytko,
więc staliśmy oddaleni od brzegu o kilkanaście metrów. Na szczęscie w sytuacjach, gdy jacht nie jest w
stanie dopłynać do brzegu tak, aby można było przejść na ląd suchą stopą, stosuje się I/O. Jest to
łódeczka, zdrobniale zwana "aiołką" lub "aiołeczką", której to nazwa pochodzi od Input/Output
(Wejście/Wyjście). W czasie pływania I/O ciągnie się za Ramayą na krótkiej cumie, a podczas
przepływania przez kanały lub śluzowania się leży na pokładzie na dziobie. Oczywistą wydaje się sprawą
preferowanie przez nas jezior rynnowych z głębokimi zatoczkami (typu Rominek lub Zamordeje Małe), gdyż
właśnie w nich występuje największe prawdopodobieństwo przycumowania bezpośrednio do brzegu i schodzeniu na
brzeg po cumie, a nie przy pomocy łódeczki.
Podczas tego rejsu sztormy łapały nas jedynie na Nidzkim. Pewnej nocy rozszalał się wiatr. Nie przewidzieliśmy tego i Kapitan, podczas cumowania, rzucił z rufy tylko jedną, lżejszą kotwicę. Kotwica wpadła w mułowate dno, więc nie miała się o co zaczepić. Podczas gdy jacht podnosił się na dużej fali, kotwica podskakiwała razem z nim, po czym wszystko przesuwało sie z wiatrem. Po jakimś czasie usłyszeliśmy, że cały kadłub wali z całym impetem o dno, wprawiając wszystko w niepokojące wibracje. Było to o tyle stresujące, że nie wiedzieliśmy, kiedy skończy się cierpliwość starego kadłuba - czy aby coś nie pęknie od tych nieustannych uderzeń o dno. Postanowiliśmy działać. Z nieba padał rzęsisty deszcz, mocno wiało i bujało jachtem. Póbowaliśmy wypchnąć łódkę bardziej na wodę - żeby po prostu tańczyłą na falach. Niestety, kotwica nie chciała się o nic zaczepić, więc spróbowaliśmy "pychem" (długie wiosło z metalowym okuciem na końcu pióra służące np wypuchaniu od brzegu lub schodzeniu z mielizny). Za każdym razem przegrywaliśmy z wiatrem. W ciemnościach (był środek nocy) widzieliśmy jedynie, że coraz bardziej zbliżamy się do brzegu. Daliśmy za wygraną obiecując sobie, że wstaniemy o świcie i coś z tym zrobimy. Nie musze chyba mówić, że nie mieliśmy po co wstawać tak wczesnie... Wiatr ucichł w okolicach switu. Ucichł zupełnie, nie pozostawiając po sobie ani jednej falki. Zmęczeni nocnymi zmaganiami z wiatrem wstaliśmy dopiero, gdy w "Lecie z Radiem" minęła jedenasta.
Innym razem burza złapała nas podczas płynięcia, na środku jeziora. Najpierw rozszalał się wiatr, później zaczęły chodzić grzmoty, a na koniec wszystko ucichło, aż zmoczyło nas do nitki. Byliśmy bardzo zdeterminowani do tego, aby zacumować w Zamordejach, ale wiatr zgasł dosłownie kilkanaście metrów przed wejściem do zatoki. Po jakimś czasie zaczęło trochę podwiewać, więc jakoś wpłynęliśmy i zaczęliśmy szukać dogodnego miejsca na wysuszenie się. Zatoka Zamordeje Mł. jest ułożona lekkim skosem do jeziora, musieliśmy do niej dopłynać, po czym wykręcić prawie 180 st. w prawo. Aż do tego zakrętu halsowaliśmy się, więc mieliśmy słuszne nadzieje, że przemoczeni wpłyniemy sobie pełnym, baksztagiem i znajdziemy jakąś fajną dziurę. Byliśmy naprawdę niepocieszeni, kiedy się okazało, że znów musimy się halsować, a zamiast pełnego baksztagu mamy bajdewind.
Wiatry na Mazurach naprawdę potrafią zaskakiwać... Czasem płyniesz, płyniesz pełnym halsem, po czym Kapitan robi zamieszanie na pokładzie i żagle ni stąd, ni zowąd zaczynają pracować na ostrym bajdewindzie. Tobie oczywiście się wydaje, że miałaś rację, i że to Kapitan namieszał z wiatrami. Obrażacie się na siebie, bo każde uważa, że ma rację. Do buntu brakuje naprawdę niewiele. Jak to dobrze, że załoga nie jest konfliktowa, bo mielibyśmy wtedy ciężką GIGĘ pod piracką banderą, która siałaby spustoszenie wśród mazurskich żeglarzy.
Na szczęście ostatni tydzień naszego rejsu już był nieco spokojniejszy. Bywały czasy, gdy wracaliśmy cali przemarznięci, mokrzy i głodni, ale tym razem naprawdę było bardzo dobrze. Chyba pobiliśmy rekord jeśli chodzi czas, w jakim przemieściliśmy się spod Mikołajek na Tajty. Przedostatni dzień poświęciliśmy na porządki. Był to niestety ostatni dzień ładnej pogody. W dniu, w którym mieliśmy wyjechać, o świcie zaczął siąpić deszcz. Początkowo drobny, później coraz większy. Elegancko złożone żagle przemokły do nitki, wszystko było mokre podczas pakowania do jachtu i zamykania go. Tym razem nie był to koniec przygody pod żaglami. Musimy wrócić jak najprędzej, by naszą ukochaną łajbę wysuszyć. Mam tylko nadzieję, że zrobimy to lada dzień, bo naprawdę nigdy nie miałam ciekawszych ani fajniejszych wakacji, niż te spędzone we dwójkę na ciasnym, starym jachcie, wśród wiatru, sztormów i palącego słońca.